Wszyscyśmy przywykli do potępiania pełnego pychy i samosprawiedliwości nastawienia faryzeusza w przypowieści o faryzeuszu i celniku (Łk 18:9–14). Wydawałoby się nam więc rzeczą wprost nie do wiary, że obraz ten przeznaczony był do przedstawienia nas samych — co tym bardziej potwierdza fakt, że jesteśmy do tego faryzeusza bardzo podobni. Pewna nauczycielka Szkółki Niedzielnej nie była nigdy bardziej podobną do niego niż w momencie, gdy skończyła swój wykład na temat tej przypowieści takimi słowami: „A teraz, dzieci, dziękujmy Bogu, że nie jesteśmy jak ten faryzeusz!” W szczególności zachodzi niebezpieczeństwo, że zachowujemy się tak jak ów faryzeusz, gdy Bóg pragnie nas upokorzyć u stóp krzyża Pana Jezusa, pokazując nam grzechy, mieszkające w sercach naszych, które uniemożliwiają dożycie osobiście duchowego przebudzenia.
Boży obraz ludzkiego serca
Na czym polega w rzeczywistości zło faryzeusza w podejściu do spraw Bożych, zrozumiemy dopiero wtedy, gdy przyjrzymy się temu zagadnieniu w świetle Bożych wypowiedzi na temat ludzkiego serca. Pan Jezus powiedział: „Co wychodzi z człowieka, to kala człowieka. Bo z wnętrza serca ludzkiego wychodzą złe myśli, cudzołóstwa, wszeteczeństwa, zabójstwa, kradzieże, łakomstwa, złości, zdrada, bezwstyd, zawiść, bluźnierstwo, pycha, głupstwo” (Mk 7:20–23). Taka sama ponura i ciemna lista objawiająca treść serca ludzkiego zawarta jest w Liście Pawła do Galacjan: „Jawne zaś są uczynki ciała, jako to: cudzołóstwo, wszeteczeństwo, nieczystość, rozpusta, bałwochwalstwo, czary, nieprzyjaźń, swary, zazdrość, gniewy, spory, niesnaski, odszczepieństwa, nienawiść, zabójstwa, pijaństwo, obżarstwo i tym podobne” (Gal 5:19–21). Co za obraz! Jeremiasz dodaje to samo świadectwo: „Najzdradliwsze jest serce nade wszystko (to znaczy, że ono oszukuje człowieka samego do tego stopnia, że nie wie, jakim jest), najprzewrotniejsze; któż je pozna?” (Jr 17:9). Tak więc obrazuje nam ludzkie serce sam Bóg — to upadłe „ja”, tego „starego człowieka” (Ef 4:22) — jak to nazywa Słowo Boże, i to zarówno w nienawróconym człowieku, jak i u najgorliwszego chrześcijanina. Trudno wprost uwierzyć, że te rzeczy mogą wypływać z serc usługujących Ewangelią, pracowników na niwie Bożej itd. — ale tak jest rzeczywiście. Faktem jest po prostu ta okoliczność: jedyną rzeczą piękną, która cechuje chrześcijanina, to posiadanie Jezusa Chrystusa. Bóg chce, abyśmy sobie z tego faktu zdawali sprawę w naszym codziennym życiu i abyśmy w prawdziwym złamaniu swego „Ja” i w uznaniu, że bez Bożej pomocy jesteśmy zgubieni, pozwolili wreszcie Jezusowi Chrystusowi być naszą sprawiedliwością, naszą świętością, naszym wszystkim — a to dopiero jest zwycięstwem!
Czynienie Boga kłamcą
Biorąc więc pod uwagę Boży opis ludzkiego serca, możemy zrozumieć istotę tego, co zrobił faryzeusz. Wypowiadając słowa: „Boże! Dziękuję ci, żem nie jest jak inni ludzie — drapieżni, niesprawiedliwi, cudzołożnicy”, bronił swej niewinności odnośnie do tych właśnie rzeczy, o których Bóg powiedział, iż znajdują się w każdym sercu ludzkim. Mówił innymi słowy tak: „Że te rzeczy znajdują się w sercach innych ludzi, jest prawdą — bez wątpienia. Ten celnik właśnie je wyznaje, ale — o Panie! Nie ma ich w żadnym wypadku we mnie!” A mówiąc tak czynił Boga kłamcą, czytamy bowiem, że „jeśli mówimy, żeśmy nie zgrzeszyli, kłamcą go czynimy” (1J 1:10). Bóg oświadczył bowiem, że zgrzeszyliśmy! Nie mam żadnej wątpliwości, że faryzeusz powiedział te słowa całkiem szczerze, rzeczywiście wierząc w to, że jest niewinny, jeśli chodzi o te rzeczy. Co więcej, niewinność swoją przypisywał Bogu, mówiąc: „Boże! Dziękuję ci…” Słowo Boże jednak go potępiało cały czas, tylko on tego nie widział, nie uświadomił sobie tego zupełnie. Jeśli celnik bił się w piersi, wyznając swój grzech, to nie znaczy, że grzeszył bardziej od faryzeusza, ale po prostu widział, że to, co Bóg mówi, jest w zastraszający sposób prawdziwe w odniesieniu do niego, podczas gdy faryzeusz tego nie widział zupełnie. Jemu się zdawało, że wstrzymywanie się od pewnych zewnętrznych grzechów było rzeczą zupełnie zadowalającą przed obliczem Bożym, a nie zrozumiał jeszcze, że Bóg nie patrzy na to, co jest przed oczyma, lecz na serce (1Sm 16:7), i samo spojrzenie z pożądliwością uważa już za popełnienie cudzołóstwa (Mt 5:27–28), a uczucie niechęci pojawiające się w sercu — za morderstwo (1J 3:15), zazdrość — za faktyczny czyn kradzieży, a drobne objawy tyranii w domu — za równe aktom najpełniejszym złości i okrucieństwa.
Jakże często i my robiliśmy to samo! Gdy Pan przekonywał innych o ich grzeszności, pragnąc i nas o tym przekonać, wtedy mówiliśmy w istocie tak: „Te rzeczy odnoszą się może do innych, ale nie do nas!” — i słowa te wypowiadaliśmy może całkiem szczerze. Może słyszeliśmy o innych, którzy się upokorzyli i w sercach naszych pojawiło się jakby uczucie pogardy z racji wyznawanego przez nich grzechu i pragnienia, aby rzeczy te uporządkować w swoim życiu. Może też szczerze się cieszyliśmy z tego, że ludzie ci doznali błogosławieństwa, chociaż w odniesieniu do nas samych uważaliśmy, że nie ma żadnej potrzeby, abyśmy mieli doznać złamania. Ale, umiłowani, jeśli twierdzimy, że jesteśmy niewinni i że nie ma potrzeby, abyśmy musieli doznać złamnia w danej sprawie, to nie znaczy bynajmniej, aby tego grzechu w nas nie było, tylko my go w sobie nie widzimy. Żyliśmy w świecie iluzji — jeśli chodzi o nas samych — Bóg musi bowiem mieć rację we wszystkim, co o nas mówi. On widzi, jak te rzeczy się w nas objawiąją w takiej lub innej formie (jeśli nie rozpoznaliśmy ich sami w sobie i nie pozwoliliśmy Bogu z nimi się rozprawić): pycha, która w nas podświadomie istnieje, egoizm, z którego sobie nie zdawaliśmy sprawy i zadowolenie z samego siebie — a z drugiej strony zazdrość, niechęć, niecierpliwość, rezerwa, strach, wstydliwość, robienie wrażenia, że się jest innym niż w rzeczywistości, nieczystość i pożądliwość — jeśli nie jedno, to drugie!… Ale jesteśmy ślepi i nie widzimy tego, a może tak jesteśmy zajęci krzywdą, którą nam wyrządziła druga osoba, że nie widzimy, jakiego wielkigo grzechu się dopuszczamy przeciwko Chrystusowi, nie przyjmując tej krzywdy z Jego łagodnością i pokorą. Widząc tak wyraziście, jak drugi człowiek chce przeforsować swoją wolę i upiera się przy swoich prawach — nie zdajemy sobie sprawy z tego, że upieramy się przy naszych prawach równie nieustępliwie!… A jednak odczuwamy, że czegoś w naszym życiu brakuje! Nie udaje nam się jakoś mieć żywotnej społeczności z Bogiem. Nie mamy duchowej werwy. Nasza usługa nie ma nuty czegoś „ponadnaturalnego”. Grzech, którego sobie nie uświadamiamy, jest również grzechem przed obliczem Bożym i oddziela nas od Niego. A grzech ten może być nawet jakąś drobną rzeczą, którą Bóg nam może z łatwością pokazać, jeśli tylko mu na to pozwolimy, pokornie o to prosząc.
Jeśli nie jesteśmy gotowi spojrzeć w oczy prawdzie dotyczącej ludzkiego serca, narażamy się na niebezpieczeństwo popełnienia jednego jeszcze błędu: nie tyko bronimy naszej niewinności, lecz mamy też tendencję bronić niewinności naszych bliskich, ukochanych. Sprawia nam to ból, gdy widzimy ich osądzonych i upokorzonych, śpieszymy więc, aby ich bronić. Nie życzymy sobie, aby cokolwiek wyznawali, żyjąc bowiem nie tylko w sferze iluzji co do nas samych, ale i co do nich, boimy się, aby iluzja ta nie została rozwiana. Ale to, co robimy, jest bronieniem ich przed Bogiem i czynieniem Boga kłamcą w ich imieniu, podobnie jak czyniliśmy to w odniesieniu do nas samych, przy czym wstrzymujemy ich od doznania błogosławieństwa, podobnie jak się go sami również pozbawiamy.
Tylko głęboki głód duszy za prawdziwą społecznością z Bogiem może sprawić w nas gotowość do wołania do Boga i proszenia o udzielenie nam Jego wszystko objawiającego światła, a potem do posłuszeństwa, gdy światło to zostanie nam darowane.
Przyznawanie Bogu racji
To przywodzi nas do rozważań na temat postaci celnika. Gdy weźmiemy pod uwagę i tym razem to wszystko, co Słowo Boże mówi o sercu człowieka, a także o umyśle człowieka, stwierdzimy, że Jego wyznanie nie było niczym innym, jak tylko przyznaniem, że to wszystko, co Bóg o nim powiedział, było prawdą. Może i on, podobnie jak ów faryzeusz, kiedyś nie wierzył w to, że te rzeczy, które Bóg powiedział ogólnie o człowieku, odnosiły się i do niego, ale Duch Święty objawił mu takie rzeczy w jego życiu, które były dowodem, że Bóg miał rację w tym wszystkim, co powiedział, a to go złamało. Bez wątpienia uznał za słuszne zesłanie na niego przez Boga tych wszystkich doświadczeń jako kary, na którą w pełni zasłużył. Niewątpliwie powtarzał niejako modlitwę Nehemiasza: „Acześ ty jest sprawiedliwy we wszystkim tym, co przyszło na nas: boś sprawiedliwie uczynił, a myśmy niezbożnie czynili” (Neh 9:33).
Takie nastawienie zawsze cechuje prawdziwą pokutę i wyznawanie grzechów, prawdziwe złamanie naszego „ja”. Wyznajemy wówczas, że grzech, który znalazł się w moim sercu, nie jest tylko pomyłką, jakimś pośliznięciem się, czymś w istocie naszemu sercu zupełnie obcym („To nie jest właściwie czymś do mnie podobnym, aby popełniać tego rodzaju czyny…”), ale takie wyznanie jest objawieniem naszego prawdziwego „ja”, przy czym okazuje się, że w rzeczywistości jestem pyszny, zepsuty, i tak nieczysty, jak o mnie mówi Słowo Boże i w rzeczywistości to ja właśnie jestem skłonny do tych rzeczy i do takich myśli. W tym sensie wyznawał swoje grzechy również Dawid, modląc się następującymi słowami: „przeciw Tobie, przeciw Tobie jedynie zgrzeszyłem i uczyniłem to, co złego w oczach Twoich, abyś okazał się sprawiedliwy w swym wyroku, czysty w sądzie swoim” (Psalm 51:6). Nie bójmy się zatem uczynić takiego wyznania w wypadku, gdy Bóg sam przekonuje, że to uczynić musimy. Niech nas nie powstrzymuje od zrobienia takiego wyznania myśl, że przyniesiemy Panu Jezusowi wstyd w ten sposób. Jest wręcz odwrotnie! Z takiego wyznania Bóg otrzymuje bowiem chwałę, potwierdzamy wszak, że On ma rację i w ten sposób dochodzimy do przeżycia nowego zwycięstwa w Chrystusie, gdy poświadczamy, że „nie mieszka we mnie (to jest w ciele moim) dobre” (Rz 7:18). To przywodzi nas do przełomowego momentu w naszym życiu duchowym, w którym wreszcie rezygnujemy z usiłowań, aby nasze niepoprawne „ja” uczynić świętym, a w zamian przyjmujemy Pana Jezusa jako naszą świętobliwość i Jego życie, jako nasze życie.
Pokój i oczyszczenie
Ale ów celnik zrobił jeszcze coś więcej. On nie tylko przyznał Bogu rację. Wskazał również na ofiarę znajdującą się na ołtarzu, a czyniąc to równocześnie znalazł pokój z Bogiem i oczyszczenie ze swoich grzechów. Wynika to z dosłownego znaczenia wypowiedzianych przez niego słów: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu”. W języku greckim słowa te oznaczają bowiem dosłownie: „Boże, zechciej przyjąć okup za mnie grzesznego”. Jedynym zaś sposobem, dzięki któremu można było zostać pojednanym z Bogiem, było złożenie ofiary — o tym wiedział każdy Izraelita: najprawdopodobniej w tejże godzinie ofiarowano na ołtarzu świątyni baranka jako codzienną ofiarę, co wiedząc celnik, wypowiedział te słowa.
Z nami jest podobnie. Nikt nie zajmuje właściwego miejsca u stóp Krzyża jako złamany grzesznik, jeśli Bóg nie pokaże mu najpierw Bożego Baranka, krwawiącego na Krzyżu Golgoty i usuwającego w ten sposób jego grzechy. Tak więc Bóg, który z góry oświadczył, jakimi jesteśmy, z góry też przewidział dla naszego oczyszczenia ów cudowny zdrój: Pan Jezus był bowiem Barankiem, który był zabity przed założeniem świata. Grzechy moje znikają w Nim. On je w ciele Swoim z taką cichością zaniósł na Krzyż, a w miarę jak ja, w prawdziwym złamaniu je wyznaję i wiarą serca poddaję się cudownej mocy Jego Krwi — zostają oczyszczone i znikają. W serce moje wtenczas wstępuje pokój Boży, natychmiast zostaje przywrócona społeczność z Bogiem i znów chodzę z Nim w bieli.
Ten prosty sposób, polegający na przyznawaniu, że Bóg ma rację i przyjmowaniu mocy Krwi ku oczyszczeniu, sprawia, że w ramach naszych możliwości staje się odtąd tak bliskie chodzenie z Panem Jezusem, jakie nam dotąd nigdy jeszcze nie było znane, a także ustawiczne mieszkanie wraz z Nim w Najświętszym miejscu w Niebie. Gdy w ten sposób będziemy chodzili z Nim w światłości, Pan będzie nam ustawicznie pokazywał wszelkie początki złego. Jeśli pozwolimy im się rozwijać, rezultatem będzie zasmucenie Go i zatrzymanie przepływu Jego życia w nas, zło bowiem ma nieodmiennie swój początek w starym, pysznym „ja”, dla którego Bóg nie ma niczego innego, jak tylko sąd. Dlatego też nie wolno nam nigdy oświadczać, iż jesteśmy niewinni, gdy Pan nam wskazuje na jakąś złą rzecz. Musimy zawsze być gotowi przyznać Mu rację, mówiąc: „Słusznie mówisz, Panie. To, co się pojawiło w moim życiu, raz jeszcze wskazuje tylko, jakim jestem” — i oddać Mu te rzeczy ku oczyszczeniu. Gdy to czynić będziemy, stwierdzimy, że Jego najkosztowniejsza Krew oczyszcza nas ustawicznie z wszelkiego grzechu, tak, że „fala zła jest ustawicznie uzdrawiana na samym początku”, a Pan Jezus może ustawicznie napełniać nas Swoim Duchem. Musimy być jednak ludźmi pokornego i skruszonego ducha, którzy by chętnie przyjęli zwrócenie uwagi nawet na najmniejszą rzecz. Takimi są jednakże ci, o których Bóg mówi: „Ja… mieszkam na wysokości na miejscu świętym, lecz mieszkam i z tym, który jest skruszonego i uniżonego ducha” (Iz 57:15) — ci też doświadczają ustawicznie duchowego przebudzenia i ożywienia. Przed nami stoi zatem następujący wybór: albo bronić swej niewinności i odejść do domów naszych bez błogosławieństwa i z suchymi sercami, nie mając społeczności z Bogiem, albo też przyznać Bogu rację i stać się uczestnikiem pokoju, społeczności z Nim i zwycięstwa przez Krew Pana Jezusa.
KONIEC