Żadna prawda Nowego Testamentu nie jest tak wyraźna, jak to, iż Pan Jezus oczekuje od nas uniżonego stanowiska niewolnika. Nie jest to tylko jakaś dodatkowa powinność, którą byśmy mogli przyjąć lub odrzucić do woli. Jest to raczej samym jądrem tego nowego stosunku, jaki odtąd istnieje pomiędzy uczniem Pańskim, a Bogiem i bliźnimi. To też jest podstawowym warunkiem posiadania w jakimś choćby malutkim stopniu społeczności z Chrystusem i uświęcenia w życiu. Jeśli uświadomimy sobie, jak poniżające i wyniszczające własne „ja” jest stanowisko niewolnika, staje się rzeczą jasną, że tylko ci, którzy gotowi są żyć w zdecydowany sposób w cieniu Krzyża, i rozmyślają o upokorzeniu się i złamaniu Pana Jezusa, któremu się poddał dla nas i za nas, będą chcieli zająć tego rodzaju stanowisko.
Zanim zajmiemy się szczegółami tego zagadnienia i praktyczną stroną zastosowania tych rzeczy w naszym codziennym życiu, musimy na wstępie zająć się trzema zagadnieniami, które nam dopomogą zrozumieć, jak poniżające stanowisko mamy zająć — stosownie do życzenia Pańskiego.
W Starym Testamencie czytamy o dwóch rodzajach sług: o takich, którzy zostają przyjęci do pracy za wynagrodzeniem i którzy posiadają pewne prawa, i o niewolnikach, którzy żadnych praw nie posiadają, którzy nie otrzymują żadnego wynagrodzenia i którym nie przysługuje prawo odwoływania się do żadnej nadrzędnej władzy. Izraelczykom nie wolno było czynić niewolnikami członków własnego narodu. Wolno im było brać sobie niewolników wyłącznie spośród narodów pogańskich. Kiedy jednak przechodzimy do Nowego Testamentu, to stwierdzamy, że greckie słowo „sługa”, to nie jest ktoś przyjęty do pracy za wynagrodzeniem, lecz że sługa Jezusa Chrystusa to właśnie ów niewolnik, co wskazuje na to, że nie mamy żadnych praw, nawet prawa apelowania do wyższych władz, gdyż jesteśmy zupełną własnością naszego Pana, którą może traktować i dysponować nią całkowicie według własnego uznania.
Jeszcze lepiej zrozumiemy, jaką winna być nasza sytuacja, gdy uświadomimy sobie, że mamy być niewolnikami Tego, który sam zgodził się na to, by się stać niewolnikiem. Nic nie wskazuje lepiej na ową niepojętą pokorę Pana Jezusa, którego niewolnikami mamy się stać, jak fakt, że jakkolwiek „będąc w postaci Bożej, nie poczytał sobie za łupiestwo być równym Bogu, ale poniżył samego siebie, przyjąwszy postać niewolnika” (Flp 2:6–7), nie mającego żadnych praw, zgadzającego się na tego rodzaju traktowanie, jakie dla Niego przygotowała wola Ojca z jednej strony, a z drugiej złość ludzka, byle tylko w ten sposób usłużyć ludziom i przyprowadzić ich z powrotem do Boga. Ty więc i ja mamy być niewolnikami Tego, który był i nadal jest niewolnikiem, którego charakter ma zawsze cechy niepojętej pokory i poniżenia, a którego działalność zawsze polega na służeniu Swoim stworzeniom. Jak niesłychanie niskim jest w istocie nasze położenie! Jak wyraźnie nam to wskazuje na prawdziwe znaczenie poddania się władzy Pana Jezusa!
To jednak prowadzi nas do innej jeszcze rzeczy. Nasze niewolnictwo w stosunku do Pana Jezusa ma objawiać się niewolniczym stosunkiem względem naszych bliźnich. Paweł pisze tak: „Albowiem nie siebie samych opowiadamy, ale Chrystusa Jezusa, że jest Panem, a siebie samych, żeśmy sługami (niewolnikami) waszymi dla Jezusa” (2Ko 4:5). Pan Jezus ocenia prawdziwość naszego uniżonego stanowiska, jakie zajmujemy w stosunku do Niego, poprzez stanowisko, jakie zajmujemy w stosunku do naszych bliźnich. Jeśli w życiu naszym objawiamy brak gotowości do pokornego i wiele nas kosztującego usługiwania innym, to Pan wnioskuje z tego, że nie jesteśmy gotowi Jemu służyć i w ten sposób pozbawiamy się społeczności z Nim.
Teraz jesteśmy więc już gotowi, aby prawdy te obejrzeć w bezpośrednim ich związku z naszym życiem. Swego czasu Bóg przemówił do mnie przez Łk 17:7–10, w którym to odcinku Słowa Bożego czytamy następujące słowa: „A któż z was, mając sługę (niewolnika) orzącego albo pasącego, rzecze natychmiast do niego, gdy wróci z pola: pójdź i usiądź do stołu. Ale czyż nie powie mu: nagotuj mi wieczerzę, i przepasawszy się służ mi, aż się najem i napiję, a potem i ty jedz i pij? Czy dziękuje słudze owemu, że uczynił to, co mu rozkazano? Nie zdaje mi się. Także i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam rozkazano, mówicie: sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo cośmy powinni byli uczynić, uczyniliśmy”.
W odcinku tym widzę pięć charakterystycznych cech niewolnika. Po pierwsze — musi zgodzić się z tym, że mu się nakłada jeden obowiązek za drugim, i to bez uwzględnienia w jakimkolwiek stopniu jego własnej osoby i potrzeb. Po ciężkim dniu pracy w polu, niewolnik, o którym mowa w tym podobieństwie, musiał natychmiast zabrać się do przygotowania posiłku dla swego pana, a potem jeszcze do tego musiał usługiwać przy stole — a wszystko to musiał robić, zanim miał możność sam się posilić. Ale on to wszystko robił, nie spodziewając się niczego innego — a jak niechętni my jesteśmy, aby tak postępować! Jak szybko w sercach naszych powstaje gorycz i narzekania, gdy tego rodzaju rzeczy się od nas spodziewają! Z chwilą jednak, gdy zaczynamy szemrać, zachowujemy się tak, jak gdybyśmy mieli jakieś prawa — a niewolnik ich nie ma!
Po drugie — czyniąc to wszystko, musi być przygotowany na to, że mu się nie podziękuje. Często bywa tak, że służymy innym, ale jakże sami sobie współczujemy i jak gorzko narzekamy, że ludzie, którym służymy, przyjmują to jako rzecz samo przez się zrozumiałą i nawet nam nie powiedzą „dziękuję”. Niewolnik jednakże musi na to być przygotowany. Sługa przyjęty do pracy za wynagrodzeniem może się czegoś spodziewać — ale niewolnik niczego się spodziewać nie śmie.
Po trzecie — nie śmie oskarżać tę drugą osobę o egoizm. Czytając ten urywek nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ów pan był człowiekiem raczej egoistycznym i bezwzględnym, ale niewolnik nie śmie pana swego w ten sposób oskarżać. Celem jego egzystencji jest nie co innego, jak tylko służenie interesom swego pana, a więc myśl o jakimś egoizmie lub braku wyrozumiałości nie przychodzi mu nawet do głowy. Ale jak jest z nami? Może nawet pozwalamy, że ktoś nas obarcza jakimiś ciężkimi obowiązkami, a może nawet jesteśmy gotowi obejść się bez otrzymania podzięki za wykonane usługi, niemniej jakże w sercach naszych taką osobę obwiniamy z tej racji o egoizm! Tak jednak nie zachowuje się niewolnik. Dla niego egoizm tej osoby jest jeszcze jedną sposobnością po temu, aby być jedno ze swoim Mistrzem jako niewolnikiem wszystkich ludzi.
Jest jednakże jeszcze i czwarty krok, który musimy zrobić. Gdy dokonaliśmy tego wszystkiego, nie wolno nam pozwolić sobie na pychę i gratulowanie sobie, ale raczej musimy wyznać, że jesteśmy nieużytecznymi sługami, czyli że sami w sobie nie jesteśmy w ogóle pożyteczni ani Bogu, ani ludziom. Wciąż na nowo musimy wyznawać, że „nie mieszka we mnie (to jest w ciele moim) dobre” (Rz 7:18), czyli innymi słowy, że to, iż w ten sposób postępowaliśmy, nie jest owocem naszej własnej dobroci, gdyż serca nasze z natury są pyszne i krnąbrne, lecz że zrobiliśmy to wyłącznie dzięki Panu Jezusowi, który mieszka w nas i uczynił nas chętnymi.
Ale dopiero piąty krok godzi w samo sedno naszego „ja” — musimy bowiem przyznać, ze zachowanie nasze pełne łagodności i uniżenia, z jakim dźwigaliśmy ciężar danej usługi, nie bylo niczym więcej, jak tylko wykonaniem naszego obowiązku. Bóg stworzył człowieka przede wszystkim po to, aby był Jego niewolnikiem. Grzech człowieka polega po prostu na tym, że odmówił posłuszeństwa Bogu i nie chciał więcej być Jego niewolnikiem. Odnowa zaś nie może oznaczać niczego innego, jak zajęcie z powrotem stanowiska właśnie niewolnika. Człowiek nie czyni więc niczego, co można by nazwać jakąś szczególną zasługą, gdy zajmuje miejsce niewolnika, ponieważ został stworzony i odkupiony w tym celu.
Taką więc jest droga Krzyża. Jest to droga, którą kroczył przede wszystkim pokorny Boży Niewolnik — za nas. Czyż zatem nie powinniśmy kroczyć nią nadal, jako niewolnicy tego Niewolnika? Czyż miałoby się nam wydawać czymś strasznym i poniżającym to ugięcie się? Bądźcie przekonani, że jest to jedyna droga wiodąca w górę. Tą drogą właśnie Pan Jezus osiągnął tron i tą samą drogą i my możemy osiągnąć duchową moc, autorytet i owocność. Ci, którzy tą drogą chodzą, to ludzie szczęśliwi, promienni i przepełnieni przelewającym się życiem ich Pana. Oni stwierdzili prawdziwość tego słowa: „Kto się uniża, będzie wywyższony”. Okazuje się to w ich życiu, że słowa te odnosiły się w równej mierze do ich Pana, jak i do nich samych. Podczas gdy dawniej pokora była tylko niechętnie przyjmowanym gościem, którego się ledwie tolerowało, to obecnie jest ona oblubieńcem ich duszy, z którym się związali nierozerwalnym, jakby małżeńskim związkiem na zawsze.
Jeśli kiedykolwiek wkrada się do ich życia ciemność i niepokój, to dzieje się to tylko dlatego, że w jakimś szczególe nie byli skłonni kroczyć pokornie ścieżką łagodności i złamania swego „ja”. Pokora ta gotowa jest wszakże na każdy czas przyjąć ich z powrotem do swego towarzystwa — gdy szukają jej oblicza w pokucie.
A to przyprowadza nas do tak bardzo ważnego zagadnienia pokuty. Nie jest rzeczą możliwą, aby wejść do obfitszego życia duchowego tyko na podstawie postanowienia, że w przyszłości będziemy pokorniejszymi. Istnieją bowiem nastawienia i czyny, które już miały miejsce i w których jeszcze nadal trwamy, od których się musimy odwrócić, czyli pokutować — choćby najpierw poprzez gotowość, aby za nie przeprosić. Pan Jezus nie przyjął postaci niewolnika tylko w celu dania nam przykładu, ale by za te właśnie grzechy umrzeć na krzyżu i stworzyć zdrój w Swojej cudownej Krwi, w którym wszystkie grzechy mogą zostać obmyte. Krew ta jednak nie może zostać użyta ku omyciu nas z grzechów, dopóki nasze pyszne serca nie zostaną złamane i całkowicie nie odwrócą się od tego, co się już stało i tego, czym w danej chwili jesteśmy. Pokuta polega więc na tym, że pozwalamy światłu Bożemu dotrzeć do wszystkich elementów naszych stosunków z Bogiem i z ludźmi. Oznacza to, że będziemy musieli zrozumieć i uznać, że grzechy pychy, które Bóg nam wskaże, spowodowały konieczność przyjścia Pana Jezusa z Nieba, aby umrzeć na krzyżu, dzięki czemu zaistniała możliwość przebaczenia nam tych grzechów. Będziemy więc niejednokrotnie musieli nie tylko prosić o ich przebaczenie Pana, lecz i innych ludzi, co niewątpliwie będzie rzeczą bardzo upokarzającą. Gdy jednakże przepełzniemy przez Drzwi Złamanych (skruszone serce), wyjdziemy wreszcie na światło i napełni nas chwała towarzysząca tym, którzy kroczą drogą świętości i pokory.